W prowadzeniu spraw o odszkodowania za błędy w sztuce medycznej jestem – jak się statystycznie okazuje – po prostu dobra. Statystycznie, sporo powyżej średniej.
Analiza danych w bazie statystycznej Ministerstwa Sprawiedliwości (link do bazy w pierwszym komentarzu) dała mi powód do poczucia, że dobrze robię to co robię.
Zacznijmy więc od danych.
W latach w latach 2014-2021 Sądy Okręgowe jako Sądy I instancji rozstrzygnęły merytorycznie (oddalenie albo uwzględnienie powództwa bez ugód i innych rozstrzygnięć) 3054 sprawy o odszkodowanie/zadośćuczynienie w sprawie o błąd w sztuce medycznej i zasądziły łącznie kwotę
12 009 288 złotych tytułem odszkodowań i
30 750 582 złotych tytułem zadośćuczynienia.
Czyli 57% powództw oddaliły a 43 % uwzględniły. I to w tych 1329 uwzględnionych sprawach łącznie zasądziły kwotę 42 759 870 złotych.
Sądy Apelacyjne (II instancja) w tych samych latach zasądziły łącznie odszkodowań i zadośćuczynień 120 128 314 złotych. Przy czym w roku 2021 odnotowano skokowy wzrost kwot zasądzonych.
Łączna kwota zasądzanych odszkodowań i zadośćuczynień jest więc ogromna i rośnie.
Ma na to wpływ wiele czynników, z których najważniejszym jest chyba rosnąca świadomość pacjentów, często mylona z roszczeniowością.
Oznacza to więc coraz większe odszkodowania/zadośćuczynienia na jeden pozew ale też wzrost obciążenia szpitali, lekarzy i ubezpieczycieli. To przekłada się na raitingi podmiotów leczniczych i lekarzy, na ich dochody, a także na wysokość składek ubezpieczeniowych.
Jednak moje osobiste doświadczenia wskazują, że faktycznie jest tak, jak powiedział A. Levenstein: „statystyka jest jak kostium bikini: pokazuje wiele, ale nie pokazuje najważniejszego”. Nie pokazuje przede wszystkim przełożenia sposobu prowadzenia sprawy o błędy w sztuce medycznej po stronie szpitali (lekarzy) na wynik tych spraw.
W 100% spraw, które prowadziłam dotąd przed sądami o odszkodowanie (lub zadośćuczynienie) za błąd w sztuce medycznej, reprezentowałam pozwane szpitale/lekarzy. W ponad 90% tych spraw zapadły wyroki prawomocnie oddalające powództwa. Nie wliczam tu spraw w których zwarłam ugody, choć były korzystne dla moich klientów.
To oznacza, że statystycznie mam o około 30-40% lepsze wyniki, od średniej.
Zastanawiałam się z czego może to wynikać, bo przecież w naszym systemie sądowniczym indywidualny geniusz nie bardzo ma szansę się przebić
Na pewno prowadzę te sprawy bez poczucia winy i stania po ciemnej stronie mocy. Lubię to co robię. To, jak sądzę, jest początek sukcesu. Jednak to co przekłada się na efekt, to sposób współpracy z lekarzami, dyrekcją szpitali, personelem oraz sposób podejścia do osób dochodzących roszczeń.